Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja poezja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2015

Polityka czyli Kłamczucha 2.0


W poniedziałek zwinnie łżę jak z nut
We wtorek przed każdym i każdej kłamię
W środę wprawnie bałamucę
W czwartek bajeruję i łżę jak pies
W piątek tworzę bujdy i brednie na resorach
W sobotę kładę lipę i wierutną blagę
W niedzielę zadaję kłam,  fałszywy pic
i precyzyjny fotomontaż
We dnie łgam !
W nocy wciskam kit!
W wolnym czasie kłamliwie okłamuję swoje zakłamanie
A kłamstwo?!!?
 Ciągle nie popłaca i wypływa
-

to chyba przez te krótkie nogi…






Ostatnio ciężko mi coś napisać na blogu, kampania wyborcza obnaża zgniliznę polskiej polityki, a ostatnie wyroki sądowe pogłębiają dno. Za to chciałabym podzielić się kilkoma swoimi wierszami. O kim pomyśleliście po przeczytaniu ;) ?

środa, 27 lutego 2013

*Męka*

Białe mury
Porośnięte mchem
tak dawnej historii
wąskie ścieżyny
deptane stopami
wielkich ludzi

pozostanie po Tobie ślad
płytkie wgniecenie
w glebie
ludzkiego serca

Stare drzewa
Targane wiatrem
Dusz
Smagane promieniami
Cierpień
Hymnami podzięki


Korzenie pijące soki modlitw
Wchłaniające Twój zapach
Jak te inne
W obszernej perfumerii
Od tylu lat


To jest Droga Krzyżowa
Tu na śmierć
Idą troski codziennego życia
Tu jest nadzieja
Na kolejne zmartwychwstanie

Oto kalwaria, 2012



Starodawne kapliczki
Cztery ściany z szeptu modlitwy
Stromy dach z bólu nóg
Skrzypiące drzwi z wyrzeczenia
Najświętszy Krzyż z miłości

Wszystko zespolone łzą

Oto pagórki
Ścieżyny z nadziei
Kamienie z wiary
Drzewa z radości
Cierpienia

Wszystko zespolone
w Bogu

Gwoli ścisłości, 2010


Miałam pięć

Wyglądałam na dziewięć

W życiu straciłam dziesięć


Matematyka nie ogarnia moich cnót
Suma się sumuje

NIEwesoła Rymowanka, 2010




I stworzył Bóg człowieka
Mężczyznę i kobietę
By na świat mogli wydać
Abla poetę
A że to nie bajka
Tylko szczera prawda
Stworzył diabeł Kaina
By poetę zadźgał


Spalił na ołtarzu
wszystkie swe zapiski
lecz popioły rozsypał
na brzegi pobliskie

Kiedy sztylet Kaina
szyję mu przebijał
Feniksa inny poeta
Z popiołów wygrzebywał

Minęły wieki
Lecz wiara nie mija
Że poezja z twórcą
Nigdy nie przemija

Wybory, 2009





odcisk brudnych rąk na śnieżnobiałych kartach
historii
odór trupich główek guseł wieszanych na łut
szczęścia
jęki skazanych na głodową śmierć
rodzin
wrzaski straconych we własnym
domu
trzask łamanego karku
moralności

brzęk tłuczonej szyby
zgody





*
szalona wydeptanym szlakiem
po wyrąbanych lasach imion
spalonych wioskach
ruinach miast
przez wieki
władza
ucieka

*
przed oślepiającym,
gorejącym słońcem
najpiękniejszej prawdy



idzie wprost w kościste
szeroko otwarte
ramiona
śmierci

Głos władzy, 2009


słyszysz? ona cię woła
ta syrena od zawsze czeka tylko na ciebie
wsłuchaj się w pieśń
której nie oparł się
sam Odys
spójrz jak z dala błyszczy
zanurz się w srebrnych odmętach
rzeki sławy
czyż ci którzy nie dali się w niej zanurzyć
nie potrzebują Posejdona
rzuć się w otchłań
skrywającą królestwo
wierna ławica
przypłynie z prądem
który nada twój skok

Kuszenie na górze władzy


Wdrapuj się
tak niedaleko
tak prosto
stok jest stromy
ale po drugiej stronie
czeka gładki zjazd
wdrapuj się
po trupach to takie proste
łatwo omiń lasy
niech karczują je inni
zostaw wszystko co trudne
opuść wszystko co dobre
deptaną padliną
karm hieny
wyjące na niepewnych
skalnych półkach
idź szczyt to magnes
nie pozwoli się cofnąć
wdrapuj się
stamtąd jest tylko krok
do raju
tylko jeden krok
dzielący niebo
od mojego pałacu

Testament


Wampirom pozostawiam noc

Lotnikom niebo

Rybom wodę

strażakom ogień

Robakom ciało

Lekarzom narządy

Mądrym pismo

Głupim pozostawiam się

NA OKRĄGŁO



Kręcimy się po orbicie

I po planecie jak lunatycy

I wokół słońca

Od czasów Kopernika

Kręcimy kiedy trzeba

I kiedy można

Kręcimy się z ziemią

I pod sufitem

Kręci się w głowie

Od kręcenia

o jednym z miast




miało być pięknie powstały zakłady
dzieci cieszyły się na nowe spodnie
mamy piekły drożdżówki i strucle
mężczyźni w koszulach tak biało białych
krawatach w paski i cętki
pan Farben obejrzał hale dokładnie
i krokiem twardym zstąpił ze schodów
a stukot obcasów nie wróżył nic jeszcze
jak nic nie wróżyło to lato

dziadkowie mądrości głosili uczone
a babcie oplotły przybyszów
ksiądz po łacinie się modlił za przemysł
wójt lepił już dziurę w budżecie


jesieni nie złotej lecz czerwonej krwawo
nic nie wróżyło w tym mieście


daleko już myślał już ktoś o milionach
co będą przynosić miliony
i widział jak pręty - śmierci ramiona
na robotnikach się zaciskały
i widział dzieci zabite zbiedzone
ich matki wykorzystane
i mężczyzn w łachmanach tak szaro żadnych
w pasiakach pod łańcuchami

i żołnierz obejrzał prycze dokładnie
i krokiem żelaznym przygniatał kark

i starcy dla siebie grób wykopali
a babcine trupy rozdarły psy
księdza sutannę spalono na stosie
wójt z kulą w czole pod krzyżem leży

a łomot fal morskich nie wróżył nic
i nic nie wróżyło lato
i przemysł jeszcze dobrze kwitł
i nikt nie poradził nic na to

środa, 7 listopada 2012

Znam Cię

Znam Cię
Znam twoje imię

I rodowe nazwisko
Znam kolor twoich oczu
Włosów i ust

Wiem ile masz lat
Wiem gdzie mieszkasz
Wiem na co chorujesz
Wiem jaką wiarę wyznajesz

Mam twoje zdjęcie
Mam twój numer
I adres
Mam twoją wizytówkę
I mam twój znak zodiaku

Jednak

zanim staniesz się
moją częścią
drugą połową

Karkiem mojej głowy
Palcem mojej ręki
Krwią mojej tętnicy
Duszą mojego ciała


Odpowiedz mi-

kim jestem ja-

twoje osobiste
ja

*Za późno**


Zakręciła się

I spadła

odszedł


Są chwile które pamiętam
Jak we śnie

ten język spojrzenia


Gdybyś wtedy umiał
Gdybym wtedy znała
Gdybyśmy oboje mieli

choć połowę serca

nie potrafiła drążyć
naszego głazu

Zakręciła się

I spadła

A ja zostałam
sama

Historia Katynia, 2009


Historia Katynia



Widziałem kosmyk ambicji
Widziałem głowę marzeń
Widziałem człowieka

Widziałem ziarno niewinności
Widziałem garść zalet
Widziałem ziemię

Widziałem dym zła
Widziałem lufę wymierzoną z nienawiścią
Widziałem karabin

Widziałem ciało
na ziemi
i karabin w powietrzu
i rękę, która opadała

bez sumienia

  • potem

Otoczyli się szańcem kłamstw
Nie pozostało nic
Naszym bagnetem świadectwo
siniaki i płacz po zabitych braciach
Niedostępni za szklaną mgłą
Odcięci od dymów i pogorzelisk
Nie skalali się i nie wyszli ku nam
Moja ręka była zbyt spracowana
Zbyt czarna od węgla
Od cum
Patrzeli na nas
Bo ich oczy nie cierpiały od gazu
od zdrajców
od jaskrawości krwi

Ciężko było się podnieść
Gumowa pałka zostawiła wgniecenie na naszym umyśle
Nienawistna ręka zawsze celowała bez błędu
Mimo to staliśmy i gotowi byliśmy przebaczyć
Oni stali wysoko na Olimpie swojej władzy
I błyskali niewybitym zębem tam
gdzie wschodziło ich słońce

Przydeptani do zimnego asfaltu
Krępowani łańcuchem milczenia
Wciąż czekaliśmy aż otworzą bramę
I z tego polskiego piekła otworzymy furtę czyśćca

W końcu wydawało nam się że jesteśmy u celu
A stół jak u Artura
Okazał się złudną pociechą

Szczelnie zamknięta w pustym skarbcu
biała plama
na kolejne ciemne lata

Ikar


Ikar


Zaklęty w Gwiazdę rozłożył ramiona
Na jeden podmuch czekał całe życie
I tonął w fali ciepłego powietrza
Rozgrzewanego kaspijskim słońcem

Zwodniczy uśmiech nawoływał do siebie
Przyciągał i kusił szaleńczy taniec promieni
On osłabiony okresem czekania
Uległ

Śmierć była słodka
Spadająca gwiazda powoli stygła

Zimne morskie fale czule opatrywały oparzenia

Ani oracz ani rybacy nie zdążyli pomyśleć życzenia

Zginął z miłości
tumaniącej złotej kuli
Z pragnienia nirwany


A ojciec zwinął skrzydła

Jak gryf
Miał teraz zloty łeb lwa
I trochę jego odwagi

Długi ogon diabła
I trochę jego sprytu

Ostre pazury
I trochę agresji

I skrzydła anioła
I jego łkającą duszę


Poczerniały na twarzy
krążył
Unosiły go tylko łkania
Tylko krople
zatrzymane na
drżącej brodzie

Podróż, 2008


Podróż

1
Ścieżka była długa

Co raz mijałem kolejny zakręt
Drzewa kłaniały się w pas
Słonecznej koronie świtu
Powietrze kołysało znajomy swojski zapach rumianku

Spojrzałem w oko białej chmurze i
uwierzyłem

Bóg dał mi drugą szansę

2
Był letni wieczór
Wracałem pijany wściekłością
Matka znów zaprzedała duszę
Tłumaczyła się starością
Nie zauważając dawnej sukienki
wchłaniającej kałużę pod wanną
Kolejny raz
nie zdążyła się doczołgać

Droga była śliska
Co raz mijałem bukowe trupy
Pnie zawężały mi drogę
Łysymi koronami
Powietrze w samochodzie było zbyt gęste

Zobaczyłem tylko dwa świetliste oka
i moja świadomość poszybowała poza horyzont

on był w ciężkim stanie...
3
Był zimowy ranek
Wracałem otrzeźwiony mroźnym powietrzem
Oddałem lekarzowi nowo zarobione pieniądze
Te pierwsze- uczciwe
Tłumaczyłem się obowiązkiem
Nie wspominając o nie rdzewiejącej miłości
Kolejny raz przemawiającej do rozumu

Moja duma zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach...

4
Szedłem pełnym kwiatów ogrodem
po horyzont roztaczał się bajkowy krajobraz
Wspaniała karmazynowa zorza
płonęła tuż nad ciemnym błękitem
statecznego morza
Nie znałem dotąd uczucia porywającego zachwytu
za lasami gęstymi od myśli
wzlatujących to nad wzgórza idei
to nad ciemne i mroczne doliny
wyłaniały się nowe drogi
prowadzące w obłoki
czasem wyżej aż po krańce
znanego mi kosmosu
Idąc tak wyboistą ścieżką
zdarzały się rozwidlenia i ciemne stepy
przytłoczone pożółkłymi chwastami
ledwo podtrzymującymi ociężałe
nijakie powietrze
w przepychu naturalnego chaosu
zdumiewałem się prostotą bogactwa


miałem teraz swój prywatny
rozkoszny Eden



A wszystko
Bo szukałem
i znalazłem prostą równinę
dotąd nie tkniętą
-
Przebaczenie



To była jedyna niezapomniana podróż
W głąb siebie

Zima ***


***

mroźny ranek przestraszony zębami lodu,
pyszniącymi się w odbiciu ledwo żywej z zimna rzeki,
nieśmiało wychyla
delikatne obłoki zza horyzontu,
bladym okiem skostniałego słońca
z zaciekawieniem spogląda na las

na odizolowaną od zgiełku i hałasu przestrzeń,
spowitą nieskazitelną bielą,
przed którą szarość nocy ucieka w stronę księżyca,
podążającego, dla ogrzania się, w okolice równika,
dociera środek dnia

spadający lekką kaskadą śnieg,
dodaje niemłodym drzewom powagi,
emerytowane brzozy tulą się do siebie,
zasłuchane w magię enigmatycznej muzyki natury,
którą skrzypiące szkielety buków,
obejmują polanę

sędziwy dąb, ubierając śnieżny kożuch,
dziwi się wiewiórce, wybitej z orzechowego snu,
że jej rude futro zakłóca biel lasu,
podczas gdy bezpieczne, ciepłe gniazdo w jego pniu
stoi otworem

słońce zmęczone przetykaniem promieni
przez siatkę konarów,
udaje się na spoczynek

zbudzony nagłym poruszeniem księżyc,
zmierza do conocnej pracy,
lekkim wietrzykiem, kołysze las do snu

aksamitna kurtyna nocy opada,
koło zimowej doby ponownie rusza,
śnieg sypie nieprzerwanie...